Dawaj okruszka w SFFiH

Ta dam! Nadal ciężko mi w to uwierzyć, ale tak – w magazynie Science Fiction, Fantasy i Horror nr 75 ukaże się mój szort pt. “Dawaj okruszka”. Pismo będzie dostępne w kioskach od 28 grudnia br., a już teraz można je nabyć w formie elektronicznej na stronie eGazety.pl.

Serdecznie zapraszam do kupowania i życzę śniegu, choinki oraz taaaaakich prezentów na święta!

Cyberskrzaty

Łączy ich YouTube, zainteresowanie operą i zachwyt nad pewną młodą sopranistką. Nie szczędzą pochwał pod nagraniami śpiewaczki i ostrej krytyki w przypadku jej konkurencji. Dzielą także pewien sekret, łatwy do przeoczenia w wirtualnym świecie – nie istnieją naprawdę. Są internetowymi skrzatami.

Wiele lat temu, kiedy mój cybersurfing ograniczał się do odbierania poczty i przeglądania kilku stron dziennie, na różnych portalach natrafiałam na konta-widma, których właściciele dzielili się na dwa typy: hakerów wysyłających zawirusowane maile z pozdrowieniami oraz praprzodków tzw. trolli, czerpiących przyjemność z zalogowania się na stronie pod wulgarnym nickiem i napisania kilku niecenzuralnych komentarzy. Wyrządzane przez drugą grupę szkody były zazwyczaj niewielkie, a szybki ban i wyrzucenie z forum stanowiły skuteczne lekarstwo. Mimo panującej anonimowości były to jednak sporadyczne przypadki, którymi nikt się nie martwił. Read more of this post

Zdrowie to podstawa, zacznij od aury

W czasach, gdy wysłużony Malleus Maleficarum kurzy się na półkach, adepci sztuk tajemnych bez obaw przyznają się do swoich praktyk, coraz częściej też trudnią się czynieniem czarów za pieniądze. Jak wygląda „sabat czarownic” A.D. 2011, czym jest współczesna magia i ile kosztuje odwrócenie złego losu na XXII Festiwalu Zdrowia, Wróżb i Niezwykłości?

Magia kuchniZmierzając na „targi niezwykłości”, nie wiem, czego się spodziewać. Kursu medytacji, połączonego z wykładem o New Age, magicznej inicjacji w sklepie z różdżkami, czy może serii przyjemnych biomasaży zakończonych grupową konsumpcją owocu noni?Przy wejściu stragany. Ku mojemu zdziwieniu na ladach, zamiast magicznych akcesoriów, piętrzą się kopce oscypków. Rumiani górale w tradycyjnych strojach sprzedają apetycznie pachnące kiełbasy i chleb na zakwasie. Po słusznej, zresztą, cenie.
Wnętrze Hali Expo. Wysoka temperatura zmusza mnie do skorzystania z płatnej szatni. Szybko orientuję się, że mogę zapomnieć o magicznych inicjacjach, bowiem główną atrakcją i motywem przewodnim festiwalu jest… kuchnia i gadżety sygnowane pieczątką Pani Domu.
W niedowierzaniu mijam polową naleśnikarnię, stoiska z wędlinami i wycinankami z warzyw. W sprzedaży przoduje Bardzo Mocny Czosnek! (handlarz tłumaczy, że jedzenie jednej czwartej główki dziennie dobrze robi na zdrowie), sok z brzozy, miód i zioła. Read more of this post

Na początku był kosmos

Nie od razu Rzym zbudowano, a każdy autor, nim wyda trylogię, musi po raz pierwszy chwycić za pióro. Co wówczas przelewa na papier? O początkach swojego pisarstwa, dwunastotomowej sadze fantasy i mrówkach wysłanych na Marsa opowiada Dariusz Domagalski.
Agnieszka Woś: Wielu autorów zwierza się, że pierwsze opowiadania, a nawet powieści, pisało już we wczesnym dzieciństwie. Jak było z Tobą?
Dariusz Domagalski: Podobnie. Moja dziecięca twórczość była porażająca (śmiech).

Czy Twoje pierwsze teksty mieściły się w ramach jakiegoś konkretnego gatunku?
Oczywiście – w space operze. Takie utwory literackie wówczas mnie zachwycały i w tych właśnie klimatach chciałem pisać.

Niech zgadnę – fascynacja space operą zaczęła się od Gwiezdnych Wojen George’a Lucasa.
Gwiezdne Wojny na pewno miały na to wpływ, ale również i dobór lektur. Kiedy inne dzieci czytały “Rogasia z Doliny Roztoki”, ja już siedziałem w science fiction. Wiem, po czymś takim nie można być normalnym. Read more of this post

Na ostatnią chwilę

Samo południe, dzień po uroczystym zamknięciu Dworca Fabrycznego na czas remontu. Po opustoszałych peronach niosą się odgłosy pospiesznego demontażu. Ekipa wynajęta przez PKP zdejmuje zegary, gabloty z rozkładami jazdy i rozbiera na części pierwsze metalowe budki, w których jeszcze w zeszłym tygodniu handlowano hamburgerami.
Pośród uwijających się robotników krążą ludzie uzbrojeni w aparaty. Jest ich mnóstwo. Niektórzy przynieśli statywy, na których montują profesjonalne lustrzanki. Inni uwieczniają ostatnie chwile dworca za pomocą kompaktów. Pomiędzy nimi snuje się mężczyzna z kamerą, szukając wraz z towarzyszem miejsca na dobre ujęcie. Śpieszą się, niebawem pojawi się firma, która zacznie wyburzać.- Ostatnie podrygi dworca – wzdycha chłopak z Nikonem i robi zdjęcie torom. – Trochę szkoda. Wcześniej o tym nie myślałem, ale to miejsce ma coś w sobie. Jest na swój sposób ładne. Tak jak cała Łódź.Nie tylko on żałuje, że już dziś nowy projekt zacznie wchodzić w życie. Przy drabinie, na której demonter cierpliwie piłuje uchwyt peerelowskiego zegara, awanturuje się starszy mężczyzna. W jednym ręku trzyma nakryte ścierką wiadro. Read more of this post

Przystanek 57

Dawny Park Kolejowy, godzina 14:15. Jakieś 60 m od przystanku 57.
Powietrze stoi w miejscu, upał.
- Będzie to siedem pięćdziesiąt, czy nie będzie?

Bez słowa sięgam do portfela i podaję facetowi pieniądze. Ma zakazaną twarz, niejeden chojrak uchyliłby mu kapelusza w pełnym słońcu. Siedzi na murku za miejskim szaletem, pali tanie pety, spogląda na prostytutki i filozofuje. A przynajmniej tak twierdzi.

Podeszłam tylko dlatego, że często widuję go przy kiosku, gdzie zazwyczaj udaje, że pracuje, zagadując kioskarza. Wygląda na zakapiora z wykształcenia, ale w rzeczywistości jest cieciem w pobliskiej kamienicy. Wymarzonym źródłem informacji, zdawałoby się.

- Teraz, to będzie inna rozmowa. – Uśmiecha się paskudnie, obracając w palcach monety. Odnoszę wrażenie, że zaraz je nadgryzie, żeby sprawdzić, czy prawdziwe. – Co chcesz dokładnie wiedzieć?

Zaczynam prosto z mostu i pytam o okolicznych bezdomnych. Widzi się ich na co dzień, ale nie ma się o ich życiu bladego pojęcia. Read more of this post

Nocny – od zmierzchu do świtu

Kilkanaście minut przed północą. Nad głowami zamyślonych pasażerów migoczą świetlówki. Ktoś drzemie pod oknem, ktoś popija z puszki piwo marki Wojak. Na tyłach pojazdu szykuje się sprzeczka, robi się nieprzyjemnie. Siedzący z przodu pasażerowie ignorują zajście, z niecierpliwością wyczekują swoich przystanków. Mówi się, że nocny autobus to zło konieczne.Stereotyp jazdy komunikacją miejską po zmroku to powszechne memento, jakim starsi częstują młodych. Czerpiąc z plotek „sąsiadów znajomych” lub miejskich legend, wyobrażają sobie nocny transport jako dwadzieścia minut przejażdżki w towarzystwie złodziei, gwałcicieli i kiboli szukających zaczepki. Argumenty potwierdzające taki stan rzeczy ocierają się o te same, wszystkim dobrze znane historie: o bandach dresów dla rozrywki demolujących wnętrza autobusów, stalkerach podążających za swoimi ofiarami aż pod drzwi, kieszonkowcach i podpitych amantach. W parze z przestrogami idą zawsze dwie porady: należy podróżować „nocnym” w asyście znajomych i/lub siadać na przedzie pojazdu, zaraz za kierowcą – który i tak nic nie zrobi, nawet jeśli za jego plecami będą kogoś zarzynać. Jednak, według starszych, warto się do tego stosować.

Oczywiście, wiele krążących po miastach historii ma w sobie ziarnko prawdy, a jazda nocą zobowiązuje do pewnej dozy czujności i rozsądku; to jasne, że śpiący stanowi łatwy cel dla złodzieja, a podpity pasażer częściej sprowokuje bójkę niż trzeźwy. Ale czy “nocny” faktycznie jest taki straszny, jak go malują? Postanowiłam się przekonać na własnej skórze, uzbrojona jedynie w oczy, uszy i puszkę coca-coli, na różnych trasach w Stolicy Królów. Read more of this post

LIMBO

Mroczny las zamieszkany przez złe dzieci i monstrualne pająki. Opuszczone magazyny pełne skrzypiących wózków i podłączonej do prądu podłogi. Rzeczywistość, która staje na głowie, gdy pociągnie się za dźwignię. Oto dziecięce Przedpiekle.


Nigdy nie darzyłam platformówek wielkim uznaniem z powodu nieatrakcyjnego schematu obowiązującego niemal w każdym tytule z tego gatunku: “strzałka w prawo plus skok” w kolorowym świecie pikselozy. Oczywiście grywałam i w bardziej skomplikowane pozycje, jak na przykład Claw czy MediEvil, ale moja opinia na temat gier platformowych właściwie się nie zmieniła: proste i do natychmiastowego zapomnienia. Chyba, że tą grą jest LIMBO, tytuł duńskiego dewelopera Playdead. Read more of this post

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.